Nierzetelne opinie, realne skutki. Czego sprawa Joanny Gizy uczy o państwie

 



Dziesięć specjalizacji Joanny Gizy. Biegła sądowa przez 10 lat podawała się za psychologa, choć nim nie była”, opublikowany w Gazecie Wyborczej, to lektura, którą warto czytać bardzo uważnie. Nie dlatego, że opisuje bulwersującą historię jednej osoby, lecz dlatego, że odsłania ciąg instytucjonalnych zaniedbań - od prokuratury po sądy - które przez lata pozostają bez realnej korekty.

Z artykułu wynika, że Joanna Giza przez około dekadę przedstawiała się jako psycholog i sporządzała opinie psychologiczne, mimo że nie miała wówczas ani wykształcenia, ani uprawnień do wykonywania tego zawodu. W dokumentach posługiwała się różnymi określeniami: „psycholog”, „specjalista”, „biegła”, „osoba z zespołem”, co skutecznie budowało wrażenie profesjonalnych kwalifikacji. Dopiero po latach ustalono, że w części tego okresu formalnie psychologiem nie była, a tytuł uzyskała dopiero później.

„Wyborcza” pokazuje, że w postępowaniach karnych i prokuratorskich panował przy tym rażący chaos. W jednych pismach i sprawach przyjmowano, że Joanna Giza była psychologiem, w innych - dotyczących dokładnie tych samych lat - uznawano, że nim nie była. Te sprzeczne ustalenia funkcjonowały równolegle, bez próby ich jednoznacznego uporządkowania, jakby nie miały znaczenia dla oceny wiarygodności sporządzanych opinii.

Kluczowe jest to, że Joanna Giza została prawomocnie skazana za sporządzenie fałszywej opinii psychologicznej. Sąd ustalił, że była ona nierzetelna i nieprawdziwa. Kara została orzeczona w zawieszeniu. Nie była to sprawa marginalna ani incydentalna - dotyczyła dokładnie tego obszaru jej działalności, który miał bezpośredni wpływ na decyzje sądów.

W czasie trwania kary w zawieszeniu sporządziła kolejną opinię. Zawierała ona bardzo poważne oskarżenia wobec matki, w tym przypisywanie zespołu Münchhausena per procura. Szczególnie niepokojące jest to, że opinia ta została sporządzona bez osobistego badania matki, bez rozmowy z nią, bez jakiejkolwiek rzetelnej diagnostyki. Osoba, której dotyczyły zarzuty, nie miała możliwości udziału w badaniu ani odniesienia się do stawianych tez, a mimo to została opisana jako zagrożenie dla dziecka.

Złożono zawiadomienie do prokuratury z wnioskiem o odwieszenie kary i osadzenie Joanny Gizy w zakładzie karnym. I w tym momencie artykuł odsłania jeden z najbardziej bulwersujących elementów całej historii.

Prokuratura nie przeprowadziła podstawowej weryfikacji - nie sprawdziła jednoznacznie, czy w momencie sporządzania tej kolejnej opinii Joanna Giza miała uprawnienia psychologa. W postępowaniu przyjęto jej wyjaśnienia, że była to „opinia prywatna”, sporządzona na zlecenie i za pieniądze ojca dziecka, i na tej podstawie odstąpiono od odwieszenia kary. Status zawodowy osoby wydającej opinię nie został rzetelnie zbadany, mimo że wcześniej to właśnie brak uprawnień stanowił oś sprawy karnej.

Artykuł pokazuje też szerszy problem: prywatne opinie, zamawiane i opłacane przez jedną ze stron sporu - najczęściej ojców - trafiały do akt spraw rodzinnych i były traktowane jak pełnoprawny materiał dowodowy. Na ich podstawie sądy podejmowały decyzje o ograniczeniu kontaktów, podważały wiarygodność matek, ingerowały w relacje rodzinne. Jedna taka opinia potrafiła funkcjonować w obiegu prawnym przez lata i wracać w kolejnych postępowaniach, mimo braku rzetelnej weryfikacji jej podstaw.

Po latach skazanie Joanny Gizy uległo zatarciu. Jak opisuje „Wyborcza”, formalnie przestała być osobą karaną. Ta historia pokazuje nie tylko zawodowe nadużycia jednej osoby, ale przede wszystkim strukturalną słabość państwa w obszarze, który powinien być objęty najwyższym standardem kontroli. System wymiaru sprawiedliwości przez lata akceptował sytuację, w której kwalifikacje biegłej nie były jednoznacznie weryfikowane, sprzeczne ustalenia funkcjonowały równolegle, a prawomocne skazanie nie prowadziło do realnych konsekwencji zawodowych.

Szczególnie niepokojące jest to, że prywatne opinie - zamawiane i opłacane przez jedną ze stron konfliktu - były włączane do akt spraw rodzinnych i traktowane jak obiektywny materiał dowodowy. Brak obowiązku osobistego badania osoby opiniowanej, brak rzetelnej weryfikacji metodologii oraz brak odpowiedzialności zawodowej tworzą mechanizm, w którym najcięższe zarzuty wobec rodziców mogą być formułowane bez realnej kontroli. 

Państwo, które dopuszcza taką praktykę, przenosi ciężar błędów systemowych na najsłabszych uczestników postępowań. Skutki tych decyzji nie kończą się na aktach sądowych - wpływają na relacje rodzinne, bezpieczeństwo dzieci i zaufanie obywateli do instytucji publicznych. To nie jest problem jednostkowy, lecz dowód na to, że w obszarze opiniowania sądowego brakuje skutecznych mechanizmów nadzoru, odpowiedzialności i ochrony przed nadużyciami.

Zajrzyj na: 

Źródło: własne, GW

Komentarze